Cyfrowe przebudzenie? Dlaczego Koncepcja „Twierdzy Europa” Zyskuje na Popularności?

Najnowszy raport zatytułowany „Suwerenność technologiczna Polski i Europy. Edycja 2026” ujawnia fundamentalną zmianę w społecznym postrzeganiu technologii. Jaką? Że suwerenność cyfrowa to już coś więcej niż tylko buzzword.
Obywatele są coraz bardziej świadomi zagrożeń płynących z uzależnienia od zagranicznych dostawców i wyraźnie domagają się cyfrowej autonomii. Z ogólnopolskiego badania zrealizowanego przez firmę NielsenIQ na zlecenie Fundacji Digital Poland wynika, że aż 56% Polaków uznaje suwerenność technologiczną za kwestię priorytetową, a zaledwie 9 procent respondentów przypisuje temu tematowi małą wagę. Co więcej, blisko sześciu na dziesięciu badanych opowiada się za modelem, w którym nasza niezależność budowana jest wyłącznie w oparciu o własne zasoby krajowe lub współpracę ograniczoną ściśle do struktur Unii Europejskiej. To wyraźny zwrot ku wizji tak zwanej „Twierdzy Europa”, w której aż 71% obywateli deklaruje gotowość zapłacenia wyższej ceny za rodzime lub europejskie rozwiązania technologiczne, aby wspierać naszą suwerenność. Dla blisko połowy społeczeństwa sam fakt, że w infrastrukturze krytycznej i e-usługach obecny jest polski lub europejski kapitał, bezpośrednio zwiększa ich poczucie bezpieczeństwa.

Analizując obawy polskiego społeczeństwa, można zauważyć, że respondenci skupiają się przede wszystkim na namacalnych, fizycznych ryzykach związanych z brakiem technologicznej niezależności. Największy niepokój, na który wskazuje 51% badanych, budzi ryzyko zdalnego wyłączenia infrastruktury krytycznej przez obcego producenta. Niewiele mniejsze obawy generuje wizja szpiegostwa i inwigilacji przez pozaeuropejskie służby, odcięcie dostaw elektroniki w razie nagłego kryzysu oraz presja polityczna wywierana przez państwa trzecie. Czysto cyfrowe zagrożenia, w tym ukryte podatności na cyberataki, paradoksalnie budzą relatywnie najmniejszy niepokój, plasując się na poziomie 29%. Odpowiedzią na te wyzwania może być oprogramowanie typu open source, które według ekspertów oddaje kontrolę nad technologią bezpośrednio w ręce użytkownika. Taki otwarty kod stanowi model technologiczny pozwalający na twardą weryfikację rozwiązania i samodzielne upewnienie się, że w systemie nie zaszyto tzw. backdoorów, co z powodzeniem zastępuje naiwne zaufanie do zagranicznego dostawcy.

Dlaczego Europa przegrywa z USA w IT?
Obecna dominacja globalnych gigantów na Starym Kontynencie nie jest dziełem przypadku, lecz efektem wieloletnich zaniechań oraz błędnych założeń strategicznych po jednej stronie, oraz przemyślanych działań po drugiej. Mówiąc “strona” niekoniecznie mam tu na myśli wyłącznie strony Atlantyku, o czym zaraz.
Zacznijmy od Europy. Fakt, że Stary Kontynent jest dziś często opisywany jako przegrany w globalnym wyścigu jest daleki od prawdy, ale fktem jest, że w kwesti usług cyfrowych, które stanowią kręgosłup współczesnych, nowoczesnych biznesów, daliśmy się ograć. Mimo iż gospodarka UE jest potężną siłą, ma potężną wadę: nie jest jednolitym rynkiem kapitałowym. Brak u nas łatwości z pozyskiwaniem finansowania, które bez problemu można odnaleźć w USA. W efekcie, wiele firm przenosiło swoją działalność za Atlantyk, by tam szybciej osiągnąć odpowiednią skalę dzięki pieniądzom od funduszy private equity. Nastąpił eksport kapitału wynikający z braku jednolitego rynku kapitałowego w Unii Europejskiej, przez co oszczędności Europejczyków zaczęły finansować amerykańskie platformy, wypierając z rynku lokalne rozwiązania. Efektem tych zaniedbań jest fakt, że aż 70 procent przetwarzania w chmurze na terenie wspólnoty odbywa się obecnie za sprawą zaledwie trzech amerykańskich korporacji.
Przy tym europejskie elity biznesowe “kupiły” wizję świata, w którym bogaty Zachód projektuje, a ubogi Wschód wytwarza. Masowe przenoszenie produkcji dóbr technologicznych do Azji miało przy tym nie skutkować przeniesieniem know-how. Absurdalne? Być może, ale warto pamiętać o tej bucie za każdym razem, gdy na ulicy minie nas Leapmotor czy inny BYD, zamiast Volkswagena czy BMW. To samo działo się nie tylko w tym szczególnie obrazowanym przykładzie motoryzacji, ale m.in. produkcji półprzewodników. „Obecny udział Europy w światowym rynku półprzewodników wynosi około 10 procent, w porównaniu z zawrotnym poziomem 44 procent w 1990 r.” – napisał w kwietniu 2021 roku Pat Gelsinger, wówczas nowomianowany dyrektor generalny Intela. Chociaż, jak wielokrotnie wskazywano, nie jest to stwierdzenie do końca prawdziwe, to niewątpliwie globalny układ sił produkcyjnych w świecie półprzewodników uległ poważnym przeobrażeniom od czasów gdy zasłuchiwaliśmy się albumem “Nevermind” Nirvany. Straciły głównie USA i Japonia, ale też Europa – zyskały Tajwan i Chiny. Około 10% produkcji półprzewodników to mniej niż Europa powinna posiadać dla zachowania cyfrowej suwerenności. Wprawdzie holenderski, a więc europejski, ASML wciąż trzyma w garści zdolność do wytwarzania maszyn litografii EUV, koniecznych do produkcji chipów w najnowocześniejszych technologiach, ale taka przewaga nie potrwa wiecznie.
Tyle tylko, że produkcja półprzewodników to tylko część cyfrowej układanki. Europejskie firmy nigdy nie poszły w stronę masowych usług cyfrowych dla konsumenta. Gdy spojrzymy na największe firmy software’owe ze Starego Kontynentu, zauważymy pewną prawidłowość. Wszystkie one (SAP, Dassault Systèmes, Hexagon, IFS) zajmują się oprogramowaniem dla biznesu. Dają więc użytkownikowi korporacyjnemu narzędzie, ale nie zyskują tego, na czym swoją potęgę zbudowały amerykańskie big techy: danych.
Ostatecznie bowiem, giganci tacy jak Google, Meta czy Amazon, zbudowali się na danych z rynku konsumenckiego. W Europie tymczasem zapomnieliśmy najwyraźniej, że setki milionów konsumentów to największy generator danych, a przy tym znakomite źródło finansowania, czasem nawet ryzykownych projektów. Dziś, dzięki danym pochodzącym od ludzi, a nie ze zautomatyzowanych systemów biznesowych, mamy chociażby popularne modele LLM.
Jest jeszcze jedna przyczyna, dla której Europa zaniedbała swoją rolę w technologicznym wyścigu. Absolutna wiara w fukujamowski “koniec historii”, z przekonaniem, że epoka dużych konfliktów jest już za nami, że wojny to domena krajów peryferyjnych, a “poważne, dojrzałe demokracje” wszelkie spory toczą na uczciwych zasadach, z poszanowaniem reguł, gdzie odpowiednikiem najbardziej ostrego starcia będzie sądowy arbitraż. Być może mniej jesteśmy tu winni my, mieszkający w Europie Środkowej, w cieniu krwawego reżimu ogromnego sąsiada ze wschodu, ale do owego radosnego korowodu naiwności znacząca część naszych elit także dołączyła. Nasza naiwność miała jednak inne barwy niż np. niemiecka. O ile nad Sprewą uznano, że przez relacje handlowe można oswoić rosyjskiego niedźwiedzia, o tyle nad Wisłą kolejne rządy, bez względu na szyld partyjny, powiewały gwiaździstym sztandarem, słuchając pilnie wszelkich poleceń z Alei Ujazdowskich w Warszawie.
Ta naiwność miała, do całkiem niedawna, wyraźną emanację na obszar cyfrowy. Przykładem niech będzie absolutne uzależnienie całego aparatu państwowego, całej administracji, od systemów operacyjnych i oprogramowania biurowego jednej tylko firmy. To samo w edukacji, bo, jak wiadomo, przyzwyczajenia trzeba kształtować jak najwcześniej. Gdy trzeba było kupić głosy wyborców rozdając dzieciom laptopy, zasady przetargowe skonstruowano tak, by inne systemy (tak, istnieją inne, naprawdę!) nie mogły nawet być brane pod uwagę.
Jakie są konsekwencje polegania na zagranicznych dostawcach?
Brak niezależności technologicznej uderza bezpośrednio w bezpieczeństwo państw oraz dławi krajowy biznes. Zdaniem autorów badań, firmy w suwerennych krajach są w stanie generować marże na poziomie od 25 do 35%, podczas gdy w Unii Europejskiej, pełniącej rolę biorcy technologii, spadają one do zaledwie 5-10%. Skutkuje to olbrzymim deficytem handlowym w usługach cyfrowych, który według szacunków Sieci Badawczej Łukasiewicz wynosi około 45 miliardów złotych rocznie.
Istnieją uzasadnione obawy, że do 2030 roku skala tego zjawiska może dorównać deficytowi z tytułu zakupu paliw kopalnych. Co więcej, w sferze państwowej istnieje realne ryzyko paraliżu operacyjnego z powodu braku krytycznych komponentów oraz użycia tak zwanego „kill switch”, oznaczającego zdalne odcięcie państwa od najważniejszych usług.
Rozwiązanie: budować swoje
Na arenie międzynarodowej trwa obecnie swoisty wyścig zbrojeń cyfrowych, a rządy poszczególnych państw przestały wierzyć w rynkową samoregulację. Dogłębna analiza działań dziewięciu kluczowych gospodarek, w tym między innymi Brazylii, Chin, Danii, Francji, Indii czy Niemiec, ukazuje wyraźny powrót do aktywnej polityki przemysłowej połączonej z kierowaniem potężnych zastrzyków kapitału w strategiczne gałęzie technologii. Państwa te świadomie i stanowczo wykorzystują zamówienia publiczne jako tarczę ochronną oraz narzędzie do stymulowania innowacji, nierzadko stosując wyśrubowane systemy certyfikacji bezpieczeństwa, które stanowią de facto barierę wejścia dla zagranicznego big techu. Znakomitym przykładem takich działań jest Brazylia, w której wprowadzono mechanizmy pozwalające krajowym firmom na zaoferowanie w przetargach ceny wyższej nawet o 25% w stosunku do propozycji podmiotów zagranicznych.

Oprócz ochrony własnych rynków, obserwuje się systemową promocję otwartego oprogramowania, gdzie administracje Danii, Indii, Francji czy Niemiec sukcesywnie wypierają zagraniczne, licencjonowane oprogramowanie gigantów na rzecz rozwiązań open source. Fundamentalnym trendem staje się również budowa suwerennych chmur, u których podstaw leży prawny wymóg lokalizacji danych we własnych granicach, co chroni wrażliwe informacje przed dostępem obcych służb wywiadowczych.
Aby skutecznie unikać postępującej kolonizacji cyfrowej, rządy państw takich jak Japonia, Francja, Brazylia i Indie finansują rozwój narodowych modeli sztucznej inteligencji uczonych lokalnych języków oraz wdrażają ustawy wspierające odbudowę własnych łańcuchów dostaw półprzewodników. Technologie stały się jednocześnie pełnoprawnym instrumentem dyplomacji, czego przykładem mogą być działania Danii, która jako pierwszy kraj na świecie powołała specjalnego Ambasadora Technologicznego, traktującego globalne korporacje jak równorzędne, suwerenne państwa w procesie negocjacji.
W Polsce może być trudno o długotrwałą strategię w tym obszarze, ponieważ znacząca część polskiej sceny politycznej jeszcze nie zauważyła, że “największy sojusznik” powoli przestaje być sojusznikiem. Pod czerwonymi czapeczkami jeszcze nie zrodziła się myśl o suwerenności w obszarze cyfrowym. Suwerenność tę trzeba, z racji ograniczonych możliwości, budować w jakimś (nie całkowitym) stopniu wraz z partnerami europejskimi. Ponieważ mamy w Polsce “stronnictwo amerykańskie” i “stronnictwo europejskie” (co budzi nieprzyjemne skojarzenia z XVIII-wieczną RP), utrzymanie jednej strategii w obszarze cyfryzacji może być nadzwyczaj trudnym zadaniem. Niemniej trzeba myśleć o tym, jako o wyzwaniu właśnie strategicznym, rozłożonym na lata, zanim cyfrowa kolonizacja całkowicie domknie system.





















